Header Ads

Podsumowanie miesiąca - październik 2016


W tym miesiącu przybywam do was z nietypowym podsumowaniem miesiąca. Nietypowym, ponieważ tym razem skupię się tylko na jednym temacie, a mianowicie na studiach. W zasadzie gdyby nie to całe studiowanie, to tak naprawdę nie miałabym o czym pisać odnośnie października, ponieważ nic takiego się w tym miesiącu nie działo. Zrobiło się jakoś tak spokojnie. Momentami miałam wrażenie, że aż za bardzo. Ale mniejsza z tym. Przejdźmy może już do podsumowania.

Studia oraz to całe studiowanie, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość

Immatrykulacja.
Oczekiwania: szłam na tę uroczystość z przekonaniem, że zjawią się na niej wszystkie ważne osobistości uczelni, że będę wiedziała, kto jest kim, żeby później nie popełnić gafy, gdy zajdzie potrzeba skontaktowania się z którąś z takich osób. Wiedząc, że oprócz ślubowania czeka mnie również wykład, miałam nadzieję, że będzie ciekawy i naprawdę mnie zainteresuje (zwłaszcza, że takie obietnice właśnie nam składano).
Rzeczywistość: zanim immatrykulacja się zaczęła, kazano nam na korytarzu ustawić się w szeregu w kolejności alfabetycznej. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że tak naprawdę nikt z nas się nie znał i nie bardzo wiedzieliśmy za kim powinniśmy stanąć. Także możecie się domyślić, że pojawiło się drobne zamieszanie i trochę czasu nam to wszystko zajęło. Problemy później pojawiły się z miejscem siedzącym, bo skoro weszliśmy zgodnie z listą, to tak samo powinniśmy zająć swoje miejsca. Ale nikt nie przewidział tego, że pojawią się spóźnialscy, przez których praktycznie cały rząd musiał się przesiadać i robić kolejne niepotrzebne zamieszanie. Nie wiem jak wy, ale ja nie cierpię takich sytuacji. Jeśli chodzi zaś o ważne osobistości, to zabrakło mi rektora. Sądziłam, że się pojawi, ale najwyraźniej nie było takiej potrzeby. Byli za to dziekan oraz prodziekani, a także opiekunowie poszczególnych kierunków. A co do wykładu – nie był ciekawy. Może nie tyle temat, co forma przekazu. Pozostawiała ona wiele do życzenia i słuchanie wykładającego było wyzwaniem, bowiem oczy jakoś same po kilkunastu minutach zaczynały stawać się ciężkie i z tego, co zauważyłam – niektórzy polegli.

Zajęcia.
Oczekiwania: nasłuchałam się tyle pocieszających informacji na temat planu zajęć od znajomych, którzy przygodę ze studiowaniem zaczęli wcześniej ode mnie, że oczekiwałam swojego planu z pozytywnym nastawieniem (a to u mnie nie zdarza się zbyt często). W zasadzie nasłuchałam się wielu interesujących rzeczy odnośnie samej formy zajęć. Wiedziałam, że będą się dzieliły na wykłady, ćwiczenia i laboratoria. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy, że fajna sprawa z tymi nieobowiązkowymi wykładami, bowiem nie będzie z tego tytułu problemów, kiedy faktycznie nie będę mogła się na nich pojawić z jakiegoś ważnego powodu. Poza tym byłam przekonana, że nie będę musiała dźwigać nie wiadomo jakich ciężarów. Jeden zeszyt i od razu człowiekowi jakoś lżej z torbą na ramieniu. Mówiono, że studia to zupełnie inny wymiar nauczania, inne zasady i takie tam. Idąc takim tokiem myślenia, w duchu miałam nadzieję, że koniec z tymi wszystkimi zadaniami domowymi, bo kto chciałby je sprawdzać i marnować na to swój cenny czas.
Rzeczywistość: wychodzi na to, że mam w życiu pecha. Mam pecha, ponieważ moi znajomi twierdzili, że mają jeden dzień wolny od zajęć. I być może faktycznie go mieli, bowiem rok temu tak jeszcze było. W tym natomiast nie ma czegoś takiego. Wychodzę rano i wracam wieczorem. Rzadko kiedy mam okienka. Zajęcia lecą jedne za drugimi. Niektóre nawet bez przerwy. Pomijając szkolenia i inne pierdoły, przez które siedzę niekiedy do późnych godzin wieczornych, cały ten plan da się przeżyć. W końcu mogłoby być gorzej, prawda? Nieobowiązkowe wykłady zaś okazały się być obowiązkowe. Sprawdzana jest lista na prośbę dziekana, który później rozlicza nas z frekwencji. Pocieszające jest to, że taka procedura będzie trwała tylko przez pierwszy rok. Później można sobie chodzić albo i nie chodzić, nasz wybór. Największe zdziwienie nastąpiło wtedy, kiedy okazało się, że jednak muszę dźwigać kilogramy i posiadać zeszyt do każdego przedmiotu, bowiem są tacy wykładowcy, którzy lubią sobie je zebrać i posprawdzać, czy wszystko, co powinno się w nich znaleźć, faktycznie się znajduje na swoim miejscu. A skoro są i zeszyty, to są też zadania domowe. Nie wiem, czy to ja tylko jestem na jakichś innych studiach, czy po prostu te wszystkie gadki na temat studiowania i tego, jakie to jest proste, to ściemy.

Wykładowcy.
Oczekiwania: straszono mnie niejednokrotnie, że z wykładowcami to różnie bywa, że są tacy, którzy są wyczuleni na swój tytuł i wręcz zabijają wzrokiem, kiedy im się go odbiera. Nie powiem, trochę się tym przejęłam i obiecałam sobie, że będę zapisywała sobie każdy tytuł, żeby później móc wyjść z uśmiechem z egzaminu i nie przejmować się, że skoro nie zdałam za pierwszym podejściem, to za drugim też mi się nie uda.
Rzeczywistość: byłam pozytywnie zaskoczona, kiedy okazało się, że na naszym wydziale są naprawdę w porządku ludzie, do których bez problemu można zwrócić się per pan albo per pani bez obaw, że za moment ktoś zostanie zlinczowany za pominięcie tytułu naukowego. Wiadomo, że nie wszyscy mają do siebie dystans i lubią sobie żartować, ale nie jest źle i bardzo się z tego cieszę, bowiem nie lubię sytuacji, w których ktoś się wywyższa ze względu na swoje naukowe osiągnięcia oraz posiadaną wiedzę i w związku z tym traktuje kogoś z góry, wprowadzając dodatkowo bardzo niezdrową i niekomfortową atmosferę.

Sprawdziany, kolokwia i egzaminy.
Oczekiwania: brak sprawdzianów, to pewne. Pozostają tylko kolokwia i egzaminy. Wiadomo, że nie będzie łatwo, ale być może dam sobie radę... Z takim nastawieniem chodziłam przez cały październik na uczelnię, trochę obawiając się końca miesiąca. Ale powtarzałam sobie, że nie może być źle, że wszystko pójdzie mi znakomicie i jeszcze będę się śmiała, że niepotrzebnie się nakręcałam (jak zawsze zresztą).
Rzeczywistość: Miało nie być sprawdzianów, a są. Na szczęście w niczym nie przypominają tych ze szkoły średniej, więc nie narzekam (póki co). Kolokwia – czy może być coś gorszego? A i owszem, może być. Egzamin. Co prawda do egzaminów mi jeszcze daleko, ale na dzień dzisiejszy już wiem, że najtrudniej będzie na tych ustnych, bo wtedy mój stres osiąga poziom maksymalny i zaczyna mnie paraliżować do tego stopnia, że nie mogę z siebie nic wydusić. A co do kolokwiów: sądziłam, że będzie dużo, dużo łatwiej. Przede mną ciężki tydzień, a ja załamuję ręce, ponieważ kompletnie nic nie umiem. Nie idzie mi zarówno zapamiętywanie definicji (o wykresach mogę już w ogóle zapomnieć), jak i z rysowaniem. Sądziłam, że chociaż to drugie okaże się łatwiejsze, ale gdzie tam. Jak zwykle przeceniłam swoje możliwości. Pozostaje mieć nadzieję, że jednak czegoś się tam nauczę, chociaż czasu tak naprawdę niewiele mi pozostało. Praktycznie tyle, co nic.

Ludzie.
Oczekiwania: tego obawiałam się najbardziej. Wcześniej chodziłam do typowo męskiej szkoły, więc nie musiałam się przejmować tym, że przytrafi mi się kiedyś sytuacja z gimnazjum, gdzie dziewczyny tworzyły między sobą grupki i obgadywały pozostałe. Tutaj okazało się, że trochę nas, dziewczyn, będzie i miałam nadzieję, że będą to naprawdę w porządku osoby, z którymi będzie szło i porozmawiać, i pożartować bez żadnych niepotrzebnych konfliktów.
Rzeczywistość: nawiązywanie kontaktów poszło bardzo sprawnie. Pierwsze zajęcia, a my już zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. Dziewczyny okazały się być bardzo przyjazne, więc nie mamy żadnych problemów z dogadywaniem się. Tworzymy jeden zgrany team i bardzo mnie to cieszy, ponieważ na tym zależało mi najbardziej. Z chłopakami jest trochę inaczej. Rozmawiamy wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba, bowiem to dopiero początki i oni jeszcze wolą trzymać się bardziej między sobą. Być może to kwestia czasu, aż wszyscy się bardziej zaaklimatyzujemy i lepiej poznamy, bo chociaż chodzimy od miesiąca na te same zajęcia, to jeszcze nie bardzo siebie kojarzymy.

Podsumowując, mogę powiedzieć, że studiowanie wcale nie jest takie proste, jak się wydaje. Jest dużo nauki, są zadania domowe, sprawdziany, kolokwia oraz egzaminy. Nie warto iść z nastawieniem, że będziemy chodzić tylko na wykłady, które będą nam się podobały, bo można się tylko rozczarować. O ciągłym imprezowaniu i cieszeniu się ze zniżek przysługujących studentom również można zapomnieć, bowiem nauki jest tyle, że po prostu się tak nie da. Owszem, można iść się zabawić, ale raz na jakiś czas. I warto brać też pod uwagę, że imprezowanie w ciągu tygodnia może okazać się przykrym doświadczeniem, kiedy wracasz do domu nad ranem i orientujesz się, że snu tak naprawdę masz niewiele, bowiem za kilka godzin czekają cię wykłady albo audytoria, na których koniecznie musisz być. Gorzej, jeśli wszystko dzieje się pod koniec miesiąca. Wtedy pozostaje nadzieja, że coś na tym kolokwium napiszemy i uda się to zaliczyć za pierwszym razem. A jeśli chodzi o wykładowców, władze uczelni oraz ludzi z wydziału – trafiłam bardzo dobrze, bowiem są to osoby, z którymi idzie się dogadać w każdej sytuacji. Bardzo przyjaźni, życzliwy, pomocni i z dystansem do siebie. A na tym właśnie mi zależało. Generalnie jestem zadowolona, chociaż czasami zdarza mi się pomarudzić, gdzie ja się wybrałam... Aczkolwiek pocieszam się faktem, że w poprzednich szkołach też tak marudziłam i czasami miałam ich po dziurki w nosie do tego stopnia, że miałam wielką ochotę rzucić książkami i po prostu dać sobie na luz. Mimo wszystko ukończyłam je z zadowalającymi wynikami, więc pozostaje mi mieć nadzieję, że i tym razem będzie tak samo.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie października. Jak widzicie studia mnie pochłonęły i poza nauką nie miałam nic ciekawego do roboty, więc tym razem nie mogę się podzielić nowymi nabytkami czy odkryciami miesiąca. Mam tylko nadzieję, że wasz październik nie był najgorszy i możecie o nim powiedzieć kilka dobrych słów. Chętnie poczytam, co się u was działo w tym miesiącu, także śmiało piszcie w komentarzach.

PS. Ostatnio wzięłam udział w konkursie, w którym do wygrania jest sukienka, którą samemu się zaprojektowało. Pierwszy etap konkursu polega na tym, że trzeba zbierać polubienia naszej pracy, a te, które zyskały tych polubień najwięcej, przejdą do kolejnego etapu. I stąd moja gorąca prośba: czy bylibyście tak mili i oddali głos na moją sukienkę? Będę bardzo, ale to bardzo wdzięczna! Aby móc zagłosować trzeba być pełnoletnim i założyć konto na tej stronie najlepiej poprzez profil Facebookowy, ponieważ w ten sposób weryfikowany jest wiek. Obiecuję, że zajmie to wam zaledwie kilka minut. Głosować można do 9 listopada. Oczywiście dziękuję z góry za każdy oddany głos!

PS2. Z tego miejsca chciałabym was również zaprosić do sklepu odzieżowego online, który już niejednokrotnie mnie zachwycił i uważam, że w związku z tym zasługuje na to, żeby go wam pokazać i powiedzieć o nim parę miłych słów. Jeżeli zdarza wam się kupować ubrania przez Internet i często szukacie czegoś modnego, aczkolwiek w rozsądnej cenie, uważam, że Vubu jest strzałem w dziesiątkę. Plusem jest również to, że co chwila organizowane są tam promocje i wiele ciekawych egzemplarzy można zgarnąć za niewielkie pieniądze. Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam robić takie interesy!

PS3. Zdjęcie postu takie, a nie inne, bo w tym miesiącu co rusz padało. Poza tym nie miałam lepszego pomysłu, wybaczcie.

Brak komentarzy

Bardzo dziękuję za każdy miły komentarz. Chcę, abyście wiedzieli, że każdy z nich jest dla mnie ogromną dawką motywacji i siłą do dalszego prowadzenia bloga.

Obsługiwane przez usługę Blogger.